Walczmy o prawa pracownicze

Członkinie i członkowie naszego okręgu poprzez udział w warszawskich uroczystościach pierwszomajowych zorganizowanych przez OPZZ zamanifestowali solidarność ze wszystkimi ludźmi walczącymi o respektowanie praw pracowniczych, o godność pracy. Ale tę solidarność Partia Razem wyraża także każdego dnia: istnienie i działalność naszego ugrupowania opiera się nade wszystko na potrzebie nieustannej troski o pracowników traktowanych w sposób zły, a często wręcz skandaliczny.

O sensie Święta Pracy i walki o prawa pracownicze – dawniej i współcześnie – pisze Damian Rzadkiewicz z naszego okręgu.


1 maja 2017 r. po raz 127. obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy. Ustanowione na pamiątkę krwawych wydarzeń w Chicago w 1886 r. Święto jest symbolem walki o prawa pracownicze i o sprawiedliwość społeczną.

Na co dzień stojący na słabszej pozycji pracownicy raz w roku mogą się spotkać i zamanifestować przywiązanie do swoich praw. Święto Pracy to doskonały pretekst do przypomnienia o aktualności postulatów pracowniczych. W tym roku partia Razem wraz z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych (OPZZ) uczciła Święto wspólnym pochodem i wiecem w Warszawie.

W okresie zaborów pochody pierwszomajowe łączyły hasła socjalne z niepodległościowymi. Organizująca je Polska Partia Socjalistyczna na czele z m.in. Józefem Piłsudskim i Ignacym Daszyńskim była najważniejszą organizacją niepodległościową. PPS przeforsowała też od razu po uzyskaniu niepodległości szereg praw pracowniczych obowiązujących do dzisiaj. W Polsce przedwojennej pochody pierwszomajowe często kończyły się krwawymi starciami z policją i bojówkami prawicowymi. Później Święto Pracy na wiele lat zostało zawłaszczone przez władze komunistyczne. Władze fetowały Święto, jednocześnie strzelając do strajkujących robotników. W latach 80. niezależne obchody organizowała opozycja demokratyczna, podkreślając, że 1 maja to Święto ludzi pracy, a nie elit rządzących.

Lewica pomiędzy kolejnymi Świętami Pracy wywalczyła m.in. ośmiogodzinny dzień, dni wolne od pracy, minimalne wynagrodzenie, urlopy, świadczenia społeczne czy zakaz pracy dzieci. Oczywiste dziś postulaty 120 lat temu były dla ówczesnej opinii publicznej totalnym absurdem. Podobnie jak w obecnych czasach główne media reprezentowały interesy świata finansjery i wielkiego biznesu.

Tymczasem obecnie prawa pracownicze są często łamane lub omijane. Wybiegiem unieważniającym dorobek walki o prawa pracownicze są umowy śmieciowe. Tępi się związki zawodowe, których zadaniem jest stanie na straży praw pracowniczych. Osłabiana jest Państwowa Inspekcja Pracy – w tym roku już i tak niewielki budżet dla tej instytucji został dodatkowo znacznie pomniejszony. Ochrona pracownika staje się iluzoryczna, w sytuacji gdy prawie nie ma związków zawodowych, zaś kontrola państwa jest słaba. Wielu – szczególnie młodych – pracowników nigdy nie doświadczyło „dobrodziejstwa” umowy o pracę. Powszechnie łamane są przepisy o minimalnej stawce godzinowej na umowach cywilnoprawnych. Nawet w dobie rekordowo niskiego bezrobocia „nie chcą” rosnąć płace i drastycznie wzrasta ilość przypadków niewypłacania pracownikom wynagrodzeń.

W mediach rolę dyżurnych ekspertów pełnią przedstawiciele świata biznesu „informujący”, że polski pracownik ma za dużo praw i zbyt wysoko się ceni. Tymczasem Polska jest krajem przodującym w Europie pod względem uśmieciowienia rynku pracy, pod względem słabości związków zawodowych i pod względem słabości kontroli państwa nad światem pracy. Biznes nie chce związków zawodowych. Ideałem jest dla niego tania siła robocza pozbawiona praw pracowniczych, zapewniająca polskim elitom gospodarczym konkurencyjną gospodarkę, opartą na niewolniczej pracy rodem z folwarku pańszczyźnianego. Taka perspektywa ma dużą siłę przebicia w mediach i w polityce. Otwarcie reprezentuje tę optykę m. in. Nowoczesna Ryszarda Petru (pełna nazwa partii) – partia Joanny Scheuring-Wielgus.

Tymczasem koszty pracy są w Polsce trzykrotnie niższe od średniej unijnej. Godzina pracy polskiego pracownika kosztuje średnio 8,6 euro i jest niemal pięć razy tańsza niż godzina pracy pracownika wykonującego tę samą pracę w Danii czy w Belgii. Mimo szybkiego wzrostu wydajności pracy, wzrost wynagrodzeń proporcjonalnie jest niewiele wyższy a nominalnie nawet niższy niż w państwach, gdzie pracownicy zarabiają kilkakrotnie więcej. Połowa pracowników w Polsce zarabia miesięcznie poniżej 2500 zł netto. Najczęściej spotykane wynagrodzenie to wynagrodzenie minimalne. Dla młodych ludzi zarabiających mało i na złych warunkach nieosiągalnym luksusem staje się założenie i utrzymanie rodziny. Wyzwaniem jest wynajęcie mieszkania i opłacenie czynszu. Marzeniem wzięcie, a następnie spłacanie 30-letniego kredytu mieszkaniowego.

Triumf i światowa hegemonia myśli neoliberalnej między latami 70. a kryzysem 2008 r. spowodował globalny brak postępów w sprawach pracowniczych. W tym czasie realne wynagrodzenia pracowników najemnych w państwach zachodnich przestały rosnąć, zaś rozwarstwienie społeczne sięgnęło wyżyn. Obecnie ośmiu bogaczy ma majątek równy majątkowi miliardów najuboższych pracowników na świecie.

Światowa opinia publiczna po kryzysie finansowym zaczyna doznawać otrzeźwienia. Zaczyna się patrzeć przez szerszy punkt widzenia niż perspektywa milionerów. Pracownicy dzięki swojej pracowitości, uczciwości i kompetencjom sprawiają, że gospodarka wciąż się rozwija. Niestety owoce wzrostu nie trafiają do nich. Bogactwo nie skapuje – jak chcieliby neoliberałowie – a pozostaje w rękach coraz węższej grupy osób. Pracownicy ciężko pracują na to, aby ci, którzy mają miliardy, mieli ich jeszcze więcej. Sami natomiast nie mogą liczyć na realne (przewyższające inflację) podwyżki wynagrodzeń. PKB rośnie, ale pracownicy nie uczestniczą w podziale tortu.

Automatyzacja i robotyzacja zastępujące pracę ludzką stawiają przed naszą epoką wyzwania nie mniej doniosłe od walki o prawa pracownicze 120 lat temu. W ciągu 25 lat zbędna stanie się połowa zawodów. Pracę stracą miliony kierowców, tłumaczy, księgowych, sprzedawców, pracowników biurowych. Już dziś musimy o tym myśleć. Jednym z dostępnych rozwiązań jest krótszy dzień pracy, który nie został skrócony w Polsce od 1918 r. Krótszy dzień pracy zwiększa efektywność wykonywanej pracy oraz zwiększa kapitał społeczny dzięki daniu pracownikom możliwości przeznaczania czasu na rozwój, pasje, życie rodzinne, wolontariat czy udział w życiu publicznym. Od początku swego powstania potrzebę zmniejszania czasu pracy podnosi Razem.

Na koniec wizyta na naszym toruńskim podwórku. Od 11 lat rządzi niepodzielnie naszym województwem marszałek Piotr Całbecki z PO. Naszym miastem od 15 lat równie niepodzielnie rządzi Michał Zaleski wraz ze wspierającym go (zazwyczaj) POPiSem. Panowie przez lata wydawali unijne miliardy euro w duchu iście neoliberalnym. W efekcie jako region jesteśmy czarną dziurą, jeśli chodzi o zarobki i poziom bezrobocia. Na przykład pracownicy z sąsiedniego województwa pomorskiego zarabiają od nas aż o jedną czwartą więcej. Toruński pracownik jest słabo opłacany, bardzo często zatrudniony na umowie śmieciowej, często pracujący na stanowisku poniżej swoich kwalifikacji. My w Razem wierzymy, że inna polityka jest możliwa.


http://ddtorun.pl/pl/586_felietony/10201_damian_rzadkiewicz_walczmy_o_prawa_pracownicze.html

SHARE IT: Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit Email

Komentarze

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>