Bierność jako polityka. O mniejszościach seksualnych

Wpis z okazji Dnia Milczenia, którego 11 edycja odbędzie się 23 kwietnia w Toruniu. Celem Dnia jest „protest przeciwko homofobii oraz przeciwko milczeniu, którym społeczeństwo na nią przyzwala”1.

LGBT w świecie Gwiezdnych Wojen

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. W jednym z najnowszych filmów z serii Gwiezdnych Wojen główną bohaterką jest lesbijka bądź gej. Jakie byłyby reakcje? Społeczność fanów i ludzi zainteresowanych tematem zapewne podzieliłaby się na trzy obozy. Pierwszy składałby się z osób, które nie miałyby nic przeciwko takiemu bohaterowi czy bohaterce, a nawet ucieszyłyby się, że mniejszości seksualne w końcu otrzymują swoją reprezentację w gwiezdnej sadze (jak dotąd ich przedstawiciele pojawiali się tylko w książkach należących do świat Gwiezdnych Wojen, np. w Lordach Sithów). W drugiej grupie znaleźliby się ludzie, którzy narzekaliby na lewacką propagandę i na promowanie zboczeń. Trzeci obóz lokowałaby się pośrodku. Osoby należące do niego twierdziłyby, że nie mają nic przeciwko homoseksualistom i byłyby zgorszone nazywaniem ich zboczeńcami, ale jednocześnie zastrzegałyby, że geje, lesbijki i w ogóle osoby LGBT nie powinny być dodawane „na siłę” w imię politycznej poprawności – ich pojawienie się w filmie, serialu czy grze komputerowej powinno mieć dobre uzasadnienie fabularne.

Reprezentanci trzeciej grupy lubią opisywać się jako osoby „umiarkowane”, „bezstronne”, „zdroworozsądkowe” i „apolityczne” w odniesieniu do zagadnień popkultury. Ludzi należących do pierwszego obozu nazywają często „radykalnymi lewicowcami” bądź „radykalnymi feministkami”, z kolei przedstawicieli obozu drugiego określają jako „radykalną prawicę”. Narzekają na jednych i drugich, twierdząc, że „radykalnych” łączy to, iż wszędzie wpychają politykę, nie chcą słuchać racji drugiej strony i generalnie są nazbyt agresywni w głoszeniu własnych poglądów. A „umiarkowani” chcieliby czasem po prostu w spokoju obejrzeć film, pograć w grę czy przeczytać książkę – bez „ideologizowania wszystkiego”.

Bramki “dla hetero” i  bramki “dla homo”

Problem polega na tym, że nader często zwolennicy umiarkowanego poglądu nie są ani tak bezstronni, ani tak zdroworozsądkowi, ani tak apolityczni, jak im się wydaje. Przede wszystkim ich zapewnienia o tolerancji i równym traktowaniu wszystkich orientacji seksualnych (a także wszystkich ras czy płci) są osłabiane przez pojęcie „politycznej poprawności”, którym chętnie się posługują. „Nie mamy nic przeciwko homoseksualistom w filmach – powiadają – ale denerwuje nas politycznie poprawne wciskanie ich wszędzie na siłę”. Niestety to małe „ale” sprawia, że bezstronność „umiarkowanych” staje się wątpliwa. Zazwyczaj bowiem te same osoby nie mówią: „Nie mam nic przeciwko heteroseksualistom, ale pod warunkiem, że ich pojawienie się w filmie jest dobrze uzasadnione”. Heteroseksualność, białość, męskość są przezroczyste. Jeśli biały heteroseksualny facet występuje w filmie, to po prostu w nim jest, nie ma się nad czym rozwodzić. Jeśli jako bohater pojawia się czarnoskóry gej, to – oczywiście – „umiarkowani” nie mają nic przeciwko, ale chcieliby się upewnić, czy aby na pewno aktor dostał rolę, ponieważ był dobry, a nie z powodu koloru skóry, czy aby na pewno homoseksualność i nie-białość bohatera jest uzasadniona względami fabularnymi, czy aby na pewno w grę w nie wchodzi tu, co za obrzydliwe słowo, polityka. To trochę tak jakby Jan Kowalski ogłosił imprezę, na którą zaprasza wszystkich, bez względu na orientację seksualną, z jednym małym „ale”. Przed wejściem ustawia dwie bramki: jedną „dla heteroseksualistów”, która jest otwarte na oścież, a drugą „dla homoseksualistów”, przy której stoi strażnik sprawdzający, czy aby na pewno przybycie poszczególnych gości było uzasadnione. Z pewnością nie jest on tak radykalny jak ci, którzy z góry ogłosiliby, że wstęp mają tylko osoby heteroseksualne, ale trudno nazwać jego postępowanie bezstronnym.

Historyczność “umiarkowania”

„Umiarkowani” posługują się także zawężającym rozumieniem polityczności. Kiedy oskarżają „radykalnych” o wpychanie wszędzie polityki, to mają zazwyczaj na myśli to, że są to ludzie o zdecydowanych poglądach na kontrowersyjne sprawy. Jednakże ustawienie się pośrodku i niechęć do zabierania głosu albo do wyrażania radykalnych poglądów wcale nie jest apolitycznością. Osoba, która nie popiera ani „skrajnej lewicy”, ani „skrajnej prawicy” nie znajduje się w krainie zdrowego rozsądku, która leży poza obrębem politycznego zgiełku. Jest ona… po prostu pośrodku i najczęściej, świadomie bądź nieświadomie, akceptuje obecny status quo. „Umiarkowani” powinni sobie jednak zdawać sprawę z tego, że status quo ulega zmianie – jest historyczną przypadłością i to, co dzisiaj uchodzi za umiarkowane i pozornie niepolityczne, jutro może stać się stanowiskiem radykalnym i naznaczonym ideologicznie.

Gdy w wielu krajach zachodnich na przełomie XIX i XX wieku kobiety walczyły o prawa wyborcze, także stykały się z „umiarkowanymi” głosami. Czyli z ludźmi, którzy z jednej strony byli zgorszeni, gdy ktoś nazywał je szalonymi, chorymi i niebezpiecznymi babami, ale z drugiej uważali, że prawa wyborcze dla kobiet to nie jest na tyle ważna sprawa, aby robić o to codziennie wielkie halo i wcale nie jest jasne, czy te prawa w ogóle powinny zostać przyznane. Współcześnie sprawy mają się inaczej. Janusz Korwin-Mikke też nie jest przekonany, czy kobiety powinny mieć czynne prawo wyborcze, ale mało kto uzna dzisiaj jego opinię za umiarkowaną i zdroworozsądkową.

Bierność też jest polityką

Jaki morał płynie z tego wszystkiego? Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów, także tych „umiarkowanych”. To jedna z podstawowych zasad demokracji liberalnych. Dobrze jest jednak mieć świadomość, że w sprawach dotyczących fundamentów naszego społeczeństwa –  a do takich należy stosunek wobec mniejszości seksualnych, etnicznych czy religijnych – nie ma pozycji „poza polityką”. Nie ma pozycji uniwersalnie zdroworozsądkowych lub będących na stałe „pośrodku”.

Dobrze jest też wiedzieć, że wbrew pozorom nie rozmawiamy o błahostkach, gdy zajmujemy się reprezentacją określonych grup w popkulturze. Przedstawiciele mniejszości seksualnych w zdecydowanej większości przypadków wciąż nie mogą czuć się w naszym społeczeństwie tak swobodnie jak osoby hetero. Jeśli ktoś nie wierzy, niech wykona następujący eksperyment: złapie za rękę przedstawiciela tej samej płci i przejdzie się z nim wieczorem po kilku polskich miastach. Szczególnie dotyczy to mężczyzn. Życie osób LGBT to w dużej mierze życie w ukryciu, w strachu, w osamotnieniu. To życie w społeczeństwie, w którym są one przedmiotem tabu. Dlatego wprowadzanie ich reprezentantów do popkultury jest dla „radykalnej lewicy” tak ważne. Dlatego postawy „umiarkowane” nie są niewinne. Dlatego mówienie „Chcę się po prostu cieszyć filmem a nie wdawać w wojny ideologiczne” też jest gestem politycznym. Kobiety musiały tak długo walczyć o swoje prawa nie tylko dlatego, że „radykalni szowiniści” nie chcieli im ich dać, ale także z tego powodu, że tak wiele „zdroworozsądkowych” osób popierało status quo. To właśnie te osoby podtrzymywały mocą swej bierności politykę dyskryminacji i wykluczenia.

Tomasz S. Markiewka

 

Przypisy:

1. Pracownia Różnorodności.

Na zdjęciach działacze Razem Toruń. Na zdjęciu nr 1 – Adrian Stelmaszyk, na zdjęciu nr 2 – Joanna Jurkiewicz (po lewej).

Fot. nr 1 Paulina Matysiak
Źródło fot. nr 2 Pracownia Różnorodności.

SHARE IT: Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit Email

Komentarze

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>